**Początek. Peron, wóz i niebieska chustka 🚂**
Rok 1940. Wiktoria stała na peronie, zagubiona wśród zgiełku. Miała zaledwie dziewiętnaście lat, właśnie ukończyła szkołę medyczną w Lwowie i otrzymała przydział do jednego z małych miasteczek na Podlasiu — niewielkiego ośrodka leśnego w pobliżu Hajnówki. To nie był wymarzony kierunek, ale Wiktoria nie narzekała. W domu, w Niewodnicy na Podlasiu, było ciepło i wygodnie, ale pragnęła samodzielności. A gdzie mogła jej szukać, jak nie z dala od rodziny?
— Pani, czyżbyś mnie szukała?
Wiktoria obróciła się. Przed nią stała niska, ciemnowłosa dziewczyna w niebieskiej chustce. Jej twarz jaśniała serdecznym uśmiechem, co sprawiło, że Wiktoria odetchnęła z ulgą.
— Przyjechałam jako pielęgniarka w ramach przydziału. Powinnam być odebrana…
— Tak, po ciebie mnie wysłano. Nazywam się Zosia. Przyjechałam po ciebie wozem, dziesięć kilometrów mam do pokonania.
Wiktoria się uśmiechnęła, przedstawiła się i ruszyły w stronę wozu, który stał za stacją. Wkrótce wyruszyły w podróż, a Zosia radośnie gawędziła:
— Tylko się nie przestrasz naszych zwyczajów. U nas wszystko jest prosto, nie jak w miastach.
— Nie jestem z miasta — zaśmiała się Wiktoria. — Żyłam w miasteczku. W mieście tylko się uczyłam.
— Naprawdę? — Zosia spojrzała na nią z zaintrygowaniem. — Myślałam, że jesteś z miasta, taka stylowa.
— To tata się starał, ubrał mnie, żeby „na ludzi” wprowadzić — odpowiedziała Wiktoria.
— Rozumiem. A więc wiejska dziewczyna. Dobrze, bo już się bałam, że przyślą jakąś damulkę, która nie potrafi sobie drzewa nałamać ani pieca rozpalić.
— To umiem. Do tego mnie nauczyli — zaśmiała się Wiktoria.
Miasteczko okazało się niewielkie. Tliło się w pobliżu tartaku, gdzie słychać było odgłosy podrzynania drzew.
— A ty stąd? — zapytała Wiktoria.
— Tak, stąd. Ale przejdźmy na „ty”. U nas nie ma mówienia „pan”.
— Dobrze. W takim razie mów do mnie Wiktoria, tak mi łatwiej. Od dawna tu mieszkasz?
— Odkąd nas tutaj zesłano — wzruszyła ramionami Zosia. — Moja rodzina została tu przywieziona. Mama, tata, wujek, ciocia, dzieci. Miałam brata, Janka, zmarł po drodze. A mojemu wujkowi i cioci zostało dziecko, Oksana, moja kuzynka. Teraz ma trzynaście lat, a ja już dwudziestkę stuknęłam.
— To dawno?
— Co „dawno”? Zesłani?
Wiktoria skinęła głową.
— W trzydziestym dziewiątym, gdy moi zaczęli odmawiać wstąpienia do kołchozu. Miasteczko na początku było małe, może osiemdziesiąt domów. A teraz rośnie, mówią, że już ponad tysiąc ludzi tu mieszka. W tartaku i małym zakładzie dużo pracują, kogo zesłali, kto do pracy przyjeżdża. Powoli się rozbudowuje.
— A czym ty się zajmujesz?
— Jestem kucharką w stołówce.
— A jak to się stało, że przyjechałaś po mnie? — zdziwiła się Wiktoria.
— A nie widzisz worków? — zaśmiała się Zosia. — To sól, cukier i kasza do kuchni. Pojechałam je odebrać na stacji, a przy okazji nakazano mi cię zabrać.
— Zrozumiałam. Ale naprawdę sama dźwigasz te worki?
— Co to! — parsknęła Zosia. — A po co nam tragarze?
Dojechały do długiego drewnianego domu z łuszczącą się farbą. To było schronisko dla przybyłych specjalistów: kilka pokoi, wspólna kuchnia, piec w rogu.
— Oto twój pokój — Zosia pchnęła drzwi. — Mały, ale osobny. Zrób sobie tutaj, kiedy przyjdzie lekarz, poznasz go. On ci pokaże, gdzie będziesz pracować. A ja idę, czeka na mnie Piotrek.
— Piotrek? — Wiktoria uśmiechnęła się. — Narzeczony, co?
— Narzeczony. Mam nadzieję, że się odważy i weźmie mnie za żonę — Zosia spojrzała na Wiktorię z radością.
**Miasteczko przy tartaku. Jak zaczęła się przyjaźń 🌲**
Tak rozpoczęła się ich przyjaźń.
Wiktoria podjęła pracę w lokalnym szpitalu. Pracowała w małym drewnianym budynku, gdzie byli dwaj lekarze: jeden leczył dzieci, a drugi dorosłych. Była też starsza położna, która przyjmowała porody. Do czasu przybycia Wiktorii na całą okolicę przypadały tylko dwie pielęgniarki. Niewystarczająca liczba personelu sprawiła, że przydzielono ją tutaj.
Zosia w stołówce tartaku karmiła robotników. Mieszkała niedaleko schroniska i często wieczorami wpadała do Wiktorii, czasami przynosząc mleko od krowy, którą rodzina Zosi miała już od trzech lat.
Mogły rozmawiać godzinami. Wiktoria opowiadała o Podlasiu — o nieskończonych polach, o zbieraniu owoców, mówiła o tym, jak wiele owoców rośnie na drzewach. Zosia słuchała z zachwytem.
— A u nas ziemia jałowa — mówiła. — Torf, bagna. I długie zimy. Jak przyjechałam tutaj, myślałam, że zginę. Ale nic, przeżyliśmy. Mój tata został brygadzistą w jednej z siedmiu brygad, a mama dobrze szyje, dzięki temu się utrzymujemy.
— A mój tata to Kozak. Pracuje w kołchozie, od razu do niego przystąpił. Mama nie pracuje, mamy sześcioro dzieci, więc pilnuje nas — odpowiedziała Wiktoria.
— A w naszych czasach można w ogóle nie pracować? — zdziwiła się Zosia.
— Okazuje się, że można. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dlaczego mama nie jest w kołchozie — odpowiedziała Wiktoria.
— A narzeczonego nie masz?
— Nie, — pokręciła głową Wiktoria. — Był, ale poszedł do armii, a tam związał się z inną. O, nie chcę nawet o tym mówić.
— Wiktorio, a chcesz, żebym cię poznała z bratem Piotrka? Nazywa się Artem. U nas jest rzemieślnikiem, wszystko potrafi z drewna. I przystojny, jak mój Piotrek. Śkrzypiący cliché — bratnia miłość.
Wiktoria się zarumieniła:
— Nie trzeba. Przecież dopiero przyjechałam, nie zdążyłam się urządzić, a już mam się spotykać z facetami?
— Cóż w tym złego? — zdziwiła się Zosia. — Jak mówi moja mama, życie młodej dziewczyny. Poza tym Artem już cię widział i zadał mi masę pytań. Kim jesteś i skąd. On sam poprosił, żebym was przedstawiła.
**Poznanie Artema. Ślub latem 💍**
Po dwóch dniach, gdy rodzice Zosi pojechali na wesele do sąsiedniego miasteczka, dziewczyna zorganizowała przyjęcie — przyszli jej narzeczony Piotrek i jego brat Artem. Przykazano Wiktorii, by przyszła w całej okazałości. I tak zrobiła: założyła sukienkę, którą trzymała na specjalną okazję, starannie upięła włosy, włożyła buty.
Wieczór minął niezwykle szybko. Jakby nie zauważali czasu. Artem okazał się rozmowny, gdy mowa schodziła na sprawy zawodowe — wycinka drzew, budowa nowych hal w tartaku. Ale o sobie mówił niewiele. Piotrek z kolei był jego całkowitym przeciwieństwem: hałaśliwy, wesoły, cały czas obejmował Zosię i coś jej szeptał do ucha.
Kiedy zapadła noc, Artem zaproponował, żeby odprowadzić Wiktorię do schroniska.
Stojąc u drzwi, chłopak poprosił:
— Przyjdź jutro do Zosi. My z Piotrkiem obiecałem pomóc jej ojcu w budowie kurnika.
— Przyjdę, tym bardziej, że Zosia też mnie zapraszała — odpowiedziała Wiktoria, uśmiechając się.
I przyszła. A potem znów poszła na spotkanie, a później zaczęli się spotykać każdej nocy: spacerowali po miasteczku, wychodzili nad brzeg rzeki, co płynęła za tartakiem lub razem szli na tańce, które organizowała młodzież.
Ich miłość rozwijała się tak szybko, że latem wzięli ślub razem z Zosią i Piotrkiem. Szkoda, że w ten ważny dzień do Wiktorii mogli przyjechać tylko brat i siostra, ale przynieśli prezenty od taty i mamy. Artem obiecał, że w przyszłym roku na pewno odwiedzą Podlasie, żeby mógł osobiście poznać rodziców swojej ukochanej.
Po ślubie Artem i Wiktoria mieszkali w przydzielonym im pokoju, a Zosia z Piotrkiem — w jej domu. Chłopcy nie mieli własnych mieszkań, mieszkali w baraku dla robotników. Obaj byli sierotami, przyjechali tu po szkole rzemiosła i tak się osiedlili. A teraz, po ślubie, bracia marzyli o zbudowaniu jednego dużego domu z dwiema wejściami, żeby mieszkać obok siebie.
Jednak wszystkie marzenia młodych ludzi zostały zrujnowane — minął zaledwie rok, a wybuchła II wojna światowa.
**Wojna. Pochówek Egona 🕯️**
W czerwcu czterdziestego pierwszego na front poszli Piotrek i Artem, wspólnie z innymi mężczyznami z miasteczka. Wiktoria wtedy była w siódmym miesiącu ciąży i bardzo się Martwiła. Gdyby nie Zosia, która była zawsze obok i wspierała ją, mogłaby urodzić wcześniaka. Przyjaciółka była obok i pomagała, oferując swoje silne ramię.
12 sierpnia 1941 roku Wiktoria urodziła syna Maksymiliana, o czym natychmiast napisała do Artema. By wiedział, że czeka na niego nie tylko żona, ale i mały syn.
Nie mówiła Zosi, że się boi. Że co noc budzi się z krzykiem; że śni jej się Artem — ranny, w śniegu, a ona nie może się do niego dostać. Modliła się gorliwie, szepcząc słowa, których nauczyła ją matka.
Rok 1944. Gdy nastała głęboka jesień, Zosia dostała wiadomość o śmierci Piotrka. Trzymała w rękach zawiadomienie o pogrzebie, nie mogąc go przeczytać. Wydawało jej się, że jeśli tego strasznego tekstu nie przeczyta, wszystko pozostanie po staremu. Piotrek walczył, a pewnego dnia na pewno wróci do domu. Jeszcze raz usłyszy jego radosny śmiech, znów poczuje ciepło jego rąk. On obejmie ją i szepnie serdeczne słowa do ucha…
Wiktoria była akurat u niej w gościnie. Tego dnia wróciła z pracy wcześniej, zostawiając trzyletniego Maksymiliana u sąsiadki, która opiekowała się dziećmi, gdy matki pracowały. Maksymilian biegał, gadał, a Wiktoria dziękowała Bogu, że rośnie zdrowym dzieckiem, mimo wszystkich trudności czasów wojennych.
— Zosia, kochana… Może ja…
— Sama dam radę, Wiktoria — pokręciła głową przyjaciółka. — Sama. Muszę zebrać się w sobie i przeczytać.
Wiktoria usiadła obok, objęła ją i przytuliła. A Zosia, rozwijając zawiadomienie, czytała linijkę po linijce, a jej ramiona drżały od szlochu.
— Mój Piotrek… Mój Piotrek… Zginął, Wiktorio. Nie wróci… Tak bardzo chciał żyć, marzył o zbudowaniu domu, powtarzał, że wróci, że będziemy razem, że jeszcze dzieci będziemy mieć, a teraz…
Zosia nie mogła dokończyć, dławiąc się łzami. Wiktoria tylko ją obejmowała, czując, jak drży całe jej ciało. A obok rodzice lamentowali, opłakując zięcia.
Kolejne tygodnie były ciężkie. Zosia była jak wyprana lalka bez duszy: praca, dom, praca. Żadnych emocji. Czasami wpatrywała się w jeden punkt, jakby zawieszona. A czasem po jej policzku cisza spływała jedna łza.
— Nie chce mi się żyć… — szepnęła Zosia, gdy Wiktoria po raz kolejny do niej przyszła. — Dziś u Piotrka urodziny. Miałby już dwadzieścia sześć lat.
— Co ty mówisz, Zosiu?
— A po co mi żyć, Wiktorio? — oczy przyjaciółki były pełne bólu i tęsknoty. — Nie mam nic po nim. Ni dzieci, ni nic. Piotrek był dla mnie wszystkim, a teraz go nie ma…
— Masz mnie! Jesteś mi jak siostra. Pamiętasz, jak spotkałyśmy się na peronie? Jak szybko się zaprzyjaźniłyśmy! Nie byłam tak blisko z siostrami, jak z tobą. I pamiętasz, jak wspierałaś mnie, gdy żegnałam Artema, będąc w ciąży? Gdyby nie ty, urodziłabym wcześniej…
Zosia chwyciła rękę Wiktorii i nagle spytała:
— Wiktorio, chcesz herbaty? Z suszonych owoców.
— Chcę, Zosiu. Chcę, — skinęła głową Wiktoria i uśmiechnęła się do przyjaciółki.
**Powrót Artema. Gorzki komentarz Zosi**
W sierpniu 1945 roku Artem wrócił.
Zosia stała z boku i przyglądała się im. Wiktorii, która płakała i śmiała się jednocześnie, obejmując męża i syna. Artem trzymał na rękach małego Maksymiliana i gładził żonę po głowie. Patrzyła na to, czując, jak gdzieś w środku jej dusza płacze.
— Szczęściara z ciebie, Wiktorio — powiedziała później, gdy zostały same. — I mąż wrócił, i synek rośnie. A ja nie mam nic…
Wiktoria spojrzała na nią ze smutkiem.
— Zosia, wszystko przed tobą. Jesteś młoda, piękna. Całe życie przed tobą.
— Wiem, Wiktorio. Ale czuję, że los na zawsze pozbawił mnie szczęścia, zabierając Piotrka. A ty jeszcze będziesz szczęśliwa, może jeszcze urodzisz dzieciątko.
Wiktoria wtedy zadrżała. Czyżby jej się wydawało, że w słowach przyjaciółki usłyszała nutkę zazdrości? Nie, to musiało być tylko wrażenie. Zosia nie była osobą, która zazdrości. I kiedyś znów odnajdzie szczęście.
**Choroba, opieka i pęknięcia w domu 🏠**
W 1946 roku Wiktoria i Artem pojechali na Podlasie, gdzie serdecznie przywitali ich krewni. A 26 lipca 1948 roku Wiktoria urodziła córeczkę Darię, którą nazwała na cześć swojej młodszej siostry.
Artem tymczasem pracował dniami i nocami w tartaku. Czas był ciężki: po wojnie pracy było dużo, a mężczyzn mało. Aż do wiosny 1950 roku, gdy brygady uzupełniły się młodymi mężczyznami, Artem wracał do domu tylko na noc. Ale później stało się trochę łatwiej. Udało im się nawet zbudować dom. I nagle Wiktoria miała kłopoty.
W 1951 roku zachorowała. Zachorowała na silne przeziębienie, które przerodziło się w zapalenie płuc. I niefortunnie w tym czasie nie było doktorów: stary lekarz zmarł, a doktorka, która leczyła dzieci, wyszła za mąż i wyjechała do innego miasteczka. Nowych jeszcze nie przysłano. Choć Wiktoria miała wykształcenie medyczne, nie była lekarzem.
I wtedy Artem podjął decyzję, by zabrać ją do szpitala w rejonie.
— A dzieci? Maksymilian już urósł, ale nad nim też trzeba mieć oko — pytała Wiktoria, kaszląc i wycierając czoło od potu.
— A ja na co? — zdziwiła się Zosia. — Wiktorio, co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że porzucę twoje dzieci? Jak mogłaś tak pomyśleć?
— Zosiu, ale ty masz i tak mnóstwo pracy, trzeba karmić brygady, a twoja mama też jest chora…
— Mama skarży się na kręgosłup, to od ciężkiej pracy. Posmaruje się maściami, które zrobiła jej babcia Nura, i wszystko znika. A w pracy mamy nową, to ona mnie zastąpi, kiedy trzeba. Więc leż, Wiktorio, a o dom się nie martw.
Tak Zosia zaczęła przychodzić każdego dnia do domu Wiktorii. Gotowała dla Artema i dzieci, robiła pranie, sprzątała. A także czytała baśnie trzyletniej Darii, a dziesięcioletni Maksymilian z przyjemnością ich słuchał.
Gdy Wiktoria po wyzdrowieniu wróciła do domu, zobaczyła, że jej dzieci są czyste, najedzone i zdrowe, przytulone do Zosi.
— Dziękuję ci, Zosiu. Nawet nie wiem, jak ci dziękować.
— Nie ma sprawy, Wiktorio. Najważniejsze, że wyzdrowiałaś — uśmiechnęła się przyjaciółka. — Przecież sama wiele razy mnie uratowałaś, stawiając zastrzyki mojej mamie, gdy była chora…
Ale wtedy, gdy zobaczyła Artema, zmarszczyła brwi i pospiesznie ruszyła do domu.
— Zosia, czemu tak szybko uciekasz? Zostań z nami, kupiłam w mieście pierniki.
— Moja mama doszła do siebie, dzisiaj upiekła ciastka, więc muszę się napić herbaty w domu. Odpoczywaj. Wiktorio, musisz jeszcze po chorobie dojść do siebie.
Zosia poszła do domu, a Wiktoria się zamyśliła. Wydało jej się, że przyjaciółka jakoś dziwnie patrzyła na Artema? A on odwracał od niej wzrok. Czyż się pokłócili? Ale nie chciała nic pytać. Wiedziała, że mąż nic nie powie. Nie był z tych, którzy omawiają drobne kłótnie i problemy.
Zosia nie przychodziła do Wiktorii, gdy Artem był w domu. A gdy siedzieli przy herbacie i mężczyzna wracał z pracy, przyjaciółka natychmiast pospieszała do domu.
— Może powiesz, co się między wami z Zosią wydarzyło? — nie wytrzymała Wiktoria i postanowiła zapytać męża o to.
— Nic się nie wydarzyło, skąd to wzięłaś?
— A stąd! Nie patrzysz jej w oczy, a odwracasz wzrok, jakbyś był winny. A ona wręcz ucieka w momencie, gdy stąpasz przez próg domu.
— Cóż… — podrapał się po głowie. — Była mała kłótnia. Wróciłem pijany. Zbyt pijany, to i się zaczęła awantura. Zosia wtedy kładła dzieci spać. Nie zawahałem się, więc się pokłóciliśmy.
— Głupoty — wzruszyła ramionami Wiktoria. — I warto przez to dąsać się tyle czasu?
Ale następnego dnia postanowiła porozmawiać z przyjaciółką. Tylko Zosia miała inną wersję. Powiedziała, że Maksymilian rozrabiał, a Artem chciał go ukarać paskiem. A ona, Zosia, stanęła w obronie dziecka, więc doszło do ostrej kłótni.
Wersja męża była znacznie bliższa rzeczywistości, bo Artem nigdy nie bił dzieci. I Wiktoria nie wiedziała, komu ufać. Co takiego się wydarzyło?
— I przyszedł pijany, i próbował nauczyć Maksymiliana pasem — natychmiast zaczęła Zosia. — Wiktorio, nie ma w tym nic strasznego, naprawdę. Nie gniewam się na Artema, mam nadzieję, że on na mnie też. Chciałam ci powiedzieć: wyjeżdżam.
— Gdzie?
— Do Swerdlowska. Na zarobki razem z Oksaną.
Wiktoria była zaskoczona. Po co zmieniać takie dobre miejsce na nieznane tereny? To pytanie zadała przyjaciółce.
— Chcę zmienić coś w życiu, choć na chwilę. Wrócę, ale nieco później. Oksana zarejestrowała się na dwa lata do pracy w stołówce, a ja z nią. Może znajdę tam męża i rozpocznę nowe życie — westchnęła Zosia.
A Wiktoria pomyślała. Oksana — młodsza kuzynka Zosi. Ich rodzice również zostali zesłani do tego miejsca z Wołgi. Oksana wyszła za mąż już po wojnie, nie miała dzieci. A rok temu zdarzyła się tragedia: jej mąż, Gienadij, został skazany na cztery lata za bójkę. Złamał nos synowi przewodniczącego rady wiejskiej.
— A rodzice co? Zostawiasz ich?
— Tak, zostawiam, — machnęła ręką Zosia. — Jeszcze są silni, poradzą sobie. Poza tym, jeśli coś, to ty będziesz obok. Wyjeżdżam tylko z Oksaną na dwa lata.
Wiktoria objęła przyjaciółkę i skinęła głową. Jak bardzo nie chciała rozstawać się z Zosią, ale jeśli ta coś postanowiła, nie da się jej przekonać. A Wiktoria miała też wrażenie, że po prostu boi się zostawiać spokojną i ładną Oksanę bez opieki.
**Zosia wyjeżdża. Wraca z dzieckiem 👶**
Zosia i Oksana wyjechały. Życie Wiktorii i Artema toczyło się swoim rytmem: dzieci dorastały, dorośli pracowali. Czasami Zosia pisała listy. A po półtora roku wróciła do domu, wcześniej niż obiecywała. I nie sama, a z dzieckiem na rękach.
Wiktoria zaniemówiła, widząc Zosię z niemowlęciem.
— Kto to? Skąd go wzięłaś? Czyżby twój? — zasypała ją pytaniami.
Zosia się uśmiechnęła i przytuliła chłopczyka do siebie.
— Tak, to mój syn. Kostiś.
— Ale jak… Kiedy zdążyłaś? — Wiktoria była oszołomiona.
— Zdołałam, Wiktorio. Nie pytaj mnie o nic, dobrze? Urodziłam go dla siebie. Nie ma tatusia i nigdy go nie było.
— Ile ma?
— Dziecię ma… osiem miesięcy, — poprawiła się Zosia.
A Wiktoria zrozumiała, że kłamie.
W drodze do domu Wiktoria liczyła. Dziecku było osiem miesięcy, był większy niż ośmiomiesięczne. Zosia prawidłowo określiła jego wiek na początku. Więc wychodzi na to, że miesiąc przed wyjazdem była już w ciąży.
Jakieś nieprzyjemne robaki zaczęły gryźć Wiktorię od środka. Nagle przypomniała sobie, jak Zosia i Artem się zachowywali po jej powrocie ze szpitala. Jak bardzo Zosia była zamyślona przez cały następny miesiąc… Czyżby… Nie, nie chciała myśleć, że jej mąż i przyjaciółka byli razem. Nie, to niemożliwe, bo Zosia była jej jak siostra!
— Czemu się tak zamyśliłaś? — zapytał Artem, gdy weszła do domu.
— Zosia wróciła. I to z dzieckiem.
— O, jak? — zdziwił się mąż. — Wyszła za mąż?
— Nie.
— A od kogo dziecko? Nagruchała, co?
— Wygląda na to, że nagruchała. Ale nie w Swerdlowsku, tylko tu.
Wiktoria powtórzyła rozmowę z przyjaciółką, ale na żadnej twarzy Artema nie drgnął żaden mięsień. Zdawało się, że był zaskoczony.
— Dziwne, bo nie widziałem jej z żadnym mężczyzną.
— Ja też jej nie widziałam. I w ogóle, takie rzeczy koleżanki często omawiają. Jeśli tylko…
— Co?
— Jeśli tylko to dziecko nie jest od męża twojej koleżanki.
Artem zamarł. A potem dotarło do niego znaczenie słów żony, spojrzał na Wiktorię zdumiony.
— Co ty, wariatko? — Artem zerwał się i zawyżył na żonę. — Jak można z Zosią! Ona jest mi jak siostra! Ona jest wdową po moim bracie!
— Przysięgaj. Słyszysz, przysięgaj, że nic nie było.
— Przysięgam, że nie miałem z Zosią nic wspólnego.
Wiktoria chciała się uspokoić, ale wątpliwości gryźli ją od środka. Nieustannie próbowała dowiedzieć się, kto jest ojcem dziecka, ale Zosia nie mówiła.
Minęły kolejne dwa miesiące. Kostiś urósł, zaczął chodzić, a Wiktoria z przerażeniem zauważała, że coraz mniej przypominał Zosię. Jego ciemne oczy, ciemne włosy i owal twarzy — to wszystko wydawało się do bólu znajome. Artem przysięgał, że z Zosią nic się nie działo. Ale nagle ta przysięga nie znaczyła już nic? A tu jeszcze sąsiadki zaczęły szeptać.
Pewnego razu ciocia Klara, która zawsze znała wszystkie plotki w miasteczku, podeszła do Wiktorii u studni i powiedziała wprost:
— Wiktorio, jesteś ślepa, czy jak? Zobacz na tego chłopczyka. On jest całą krasnoludą Artema! A z Maksymilianem są podobni jak rodzeństwo.
— Nic z tego nie ma! Co, mało mamy ciemnowłosych i brunetów wśród mężczyzn? I w ogóle, Zosia zaszła w ciążę w Swerdlowsku.
— No-no. Tylko wydaje się, że Zosia wprowadza cię w błąd… I tu powstaje pytanie: czy tylko dwa lata temu pilnowała dzieci, czy także twojego męża?
— Nie mówcie tak o Artemie i Zosi. Ona jest mi jak siostra, a wy plotki wysypujecie! — zdenerwowała się Wiktoria i, chwyciwszy wiadro z wodą, wybiegła na podwórko.
Ale potem natychmiast, postawiwszy wiadro w przedsionku, ruszyła do przyjaciółki.
Ta siedziała na progu i karmiła Kostię kaszą. Dziecko z apetytem pożerało, brudząc policzki.
— Zosiu, błagam cię, powiedz mi prawdę — modliła się Wiktoria. — Powiedz, kto jest ojcem tego dziecka? Sprecyzuj, bo oszaleję od myśli, że to dziecko jest od Artema.
— Wiktorio, co się z tobą dzieje? Zwariowałaś?
— Nie zwariowałam. Nie wiem, czemu kłamiesz na temat wieku Kosti. I wtedy, przy naszej pierwszej rozmowie, nie pomyliłaś się? Okazuje się, że już tutaj zaszłaś w ciążę. Ale od kogo? Powiedz… Czy to od Artema?
Zosia zamilkła na chwilę, jakby zbierając myśli, a potem kiwnęła głową:
— Dobrze, powiem ci, skąd dziecko. Nie urodziłam go. Znalazłam go pod mostem, przez który przechodziłam codziennie z pracy do schroniska. Ktoś zostawił go tam. Maleńki, zawinięty w łachmany. Był głodny i mokry, wygląda na to, że dopiero się urodził. Lekarka powiedziała, że miał kilka dni. Widocznie jakaś dziewczyna zaszła w ciążę i porzuciła go. Może nie mogła wrócić do rodziców z dzieckiem, może coś innego się stało. A ja… Nie miałam nikogo, nie wiedziałam, czy mogę być matką. Więc postanowiłam zostawić dziecko u siebie. A nasza kierowniczka pomogła mi zarejestrować go na moje nazwisko. Z Oksaną zmieniałyśmy się w pracy, a w czasie, gdy ja byłam na etacie, ona się nim opiekowała.
Wiktoria patrzyła na przyjaciółkę z zapartym tchem.
— Dlaczego to ukrywałaś?
— Bo się bałam, — załkała Zosia. — Bałam się, że matka się znajdzie i zażąda odzyskania go. Już się do niego przyzwyczaiłam. Kocham go jak własnego. Dlatego wszystkim mówiłam, że sama urodziłam. Nawet tobie.
Wiktoria milczała. Potem położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki.
— Dobrze, — powiedziała cicho. — Zachowam twoją tajemnicę. Ale więcej nie kłam mi, dobrze?
Zosia kiwnęła, ocierając łzy.
**Tajemnica, która wyszła na jaw 🔥**
Minęło pół roku.
Wiktoria siedziała przy oknie i cerowała koszulę dla syna. W domu było cicho: Maksymilian poszedł nad rzekę z chłopcami, Daria spała po obiedzie, a Artem pojechał do sąsiedniej wioski, by pomóc przyjacielowi w budowie domu. W tym momencie do podwórka weszła Zosia z synkiem. Wiktoria, odkładając szycie, poszła zagotować wodę na herbatę. Miło rozmawiały, obserwując Kostię, gdy nagle ktoś zapukał do bramy.
— Otwarte! — krzyknęła Wiktoria.
Drzwi się otworzyły i do domu weszła kobieta.
To była Oksana. Kuzynka Zosi.
Ręka Zosi, trzymająca filiżankę, natychmiast zadrżała. Spojrzała na Oksanę z przerażeniem.
— Ty tutaj? Przyjechałaś? Przecież miałaś zostać jeszcze na rok…
— Wszystko się zmieniło. Chodź do siebie, nie wypada w obcych prowadzić rozmowy.
Wiktoria zdziwiła się: od kiedy jest obca? Choć… z Oksaną nigdy nie były szczególnie bliskie.
Przyjaciółka natychmiast wzięła Kostię i poszła za kuzynką na podwórko. Jednak Zosia wyglądała, jakby szła na szafot. Wiktoria nie rozumiała nic, ale zdecydowała, że przyjdzie później i Zosia wszystko jej opowie.
Nie mogła wytrzymać do wieczora, a potem, nakarmiwszy męża kolacją, pospieszyła do przyjaciółki.
Wchodząc do domu, od razu usłyszała, jak matka z ojcem głośno kłócą się z Zosią. Wygarniali jej coś, a Wiktoria już chciała wyjść na zewnątrz, by nie być świadkiem kłótni, gdy nagle drzwi się otworzyły. W progu stała Raissa Petrowna, matka przyjaciółki.
Spojrzała na Wiktorię, a następnie obróciła się do córki:
— Powiedz, Zosiu! Powiedz, co wyście narobiły! Lepiej niech ona się dowie od ciebie, niż jutro Oksana u ciebie do domu przyjdzie i pieniędzy na dziecko żądać zacznie.
— O czym mówicie, Raisso Petrowno? — nie rozumiała Wiktoria. — Jakie pieniądze? Dlaczego Oksana miałaby żądać i na jakie dziecko?
Zosia zapłakała, patrząc na Wiktorię, i szepnęła:
— Przepraszam…
— Nie wiem, za co mnie przepraszać. Ktoś mi coś powie?
Zosia jakby starała się wyznać coś strasznego, ale trudno jej przychodziło to wyznanie. Tymczasem jej matka uznała, że to już koniec tajemnic. Tak czy inaczej, tajemnica wyjdzie na jaw.
Prosząc Wiktorię do izby, usadowiła ją przy stole, nalała herbaty i zaczęła mówić słowa, od których Wiktoria ledwie nie straciła przytomności.
Okazało się, że gdy Wiktoria była w szpitalu, Zosia, pilnując dzieci, przypadkowo dowiedziała się, że Artem się spotykał z Oksaną. Obiecali sobie, że to wszystko niedawno zaczęło się i że było ich tylko kilka razy. Zosia nie uwierzyła. Obiecała im, że wszystko opowie Wiktorii. Ale Artem prosił ją, by tego nie robiła i nie niszczyła rodziny. Oksana prosiła o to samo — mówiła, że jej mąż w obozie wróci — zabije i ją, i Artema. Zosia zgodziła się milczeć.
Ale minął miesiąc, a Oksana zrozumiała, że jest w ciąży. Przerażona, bo to dziecko — Artema. Zosia wymyśliła, że Oksana urodzi, a potem odda jej dziecko. A co? Zosia nie miała męża. Będzie dziecko czy nie — nie wiedziała. A tu w końcu to nie obce dziecko, tylko kuzynka. I Oksana będzie mogła je widzieć, kiedy zechce. Jak kochająca ciotka będzie odwiedzać.
I wyjechały siostry do Swerdlowska. Oksana urodziła, a gdy od rana odstawiła do jedzenia, to Zosia ją przyjęła. Natychmiast zapisali niemowlaka na Zosię, żeby gdy mąż Oksany wyszedł z więzienia, niczego nie odkrył.
Oksana pozostała na pracy, a Zosia wróciła do domu i wszystkim mówiła, że nagruchała. Tak wszyscy myśleli. Ale… Oksana otrzymała wiadomość, że jej mąż zmarł w obozie na infekcję jelitową.
— No, i przyjechała do domu, i zażądała swego dziecka z powrotem. Mówi, że męża już nie ma, niczego nie trzeba ukrywać. A jeszcze śmiałość miała powiedzieć, że pójdzie do Artema i zażąda od niego pieniędzy na dziecko i jego wychowanie. Patrz, cicha cichutka, a tylu rzeczy nagrabiła! A ta, — Raissa Petrowna wskazała na Zosię, — to ich przykrywała.
Wiktoria patrzyła na przyjaciółkę, wzbudzając mieszane uczucia. Z jednej strony, Zosia ratowała rodzinę. Z drugiej — ukrywała zdradę Artema, milczała przez tyle czasu. I jeszcze wymyśliła historię o tym, jak znalazła dziecko. Jedno kłamstwo pociągneło za sobą inne. Czy można zaufać takiemu człowiekowi? Kryjąc Artema i Oksanę, zdradziła ich lojalność przyjaźni.
Wiktoria pobiegła do domu, nie oglądając się na krzyki Zosi. Artem siedział przy stole i coś majstrował. Później kazał Maksymilianowi zabrać Darię i iść na spacer, a Wiktoria wybuchła awanturą. Na początku się bronił, ale potem zrozumiał, że to bezsensowne. Przyznał się, że tak, było coś, ale Oksana dla niego nie znaczyła nic.
— Tak, tylko od „nic nie znaczy” masz teraz dziecko! Twój syn! A Oksana przyjdzie nie dziś, to jutro i zażąda od ciebie pieniędzy na utrzymanie i pomoc w wychowywaniu.
— Będę pomagał, — Artem opuścił głowę. — Wiktorio, nie wiedziałem. Ani Zosia, ani Oksana nic mi nie mówiły. Naprawdę myślałem, że Zosia nagruchała dziecko, myślałem, że pomyliłaś się co do terminów.
— Moje dzieci tego nie zobaczą… — szepnęła.
— Co nie zobaczą? — nie zrozumiał Artem.
— Tego, że masz dziecko na boku. Tego, że zaglądasz do nich i pomagasz, że będziesz żył na dwa domy. Nie zobaczą, bo wyjeżdżam na Podlasie do rodziców.
— Co ty mówisz? A ja? Jak tu bez was?
— Masz teraz Oksanę i Kostię.
Jak Artem nie próbował namawiać Wiktorię, była nieugięta. Wyrzuciwszy męża za drzwi, wysłała go do przyjaciela, a w ciągu tygodnia spakowała się i z dziećmi wyjechała do rodziców do Niewodnicy na Podlasiu.
**Rozwód i nowe życie na Podlasiu 🌾**
Wiktoria rozwiodła się z mężem. Nie mogła wybaczyć zdrady. Nie, gdyby po prostu poszedł w tango, być może miałaby siłę wybaczyć. Ale on nagruchał dziecko na boku — to już coś innego.
Rozwód trwał długo, prawie półtora roku. Ale w końcu się odbył.
Dwa lata po rozwodzie Wiktoria zaczęła spotykać się z wdowcem Semionem, który miał dorastającą córeczkę Lizinę.
Z byłym mężem i Zosią nie utrzymywała kontaktu. A kiedy dorosły Maksymilian pojechał do ojca, wrócił z wiadomościami: Artem w końcu ożenił się z Oksaną. Urodził im się kolejny syn, Ilya. Zosia wyjechała z miasteczka sześć miesięcy po tym, jak Wiktoria wróciła na Podlasie.
A pewnego razu, już trzy lata po rozwodzie, na adres rodziców Wiktorii przyszł list od Zosi. Wyszła za mąż i była w ciąży. Do listu dołączono zdjęcie, na którym szczęśliwa Zosia uśmiecha się, stojąc obok mężczyzny. Przyjaciółka ponownie prosiła o przebaczenie. Wiktoria odpowiedziała jej, że wybaczyła, że ma teraz innego męża i jest szczęśliwa. Również życzyła Zosi szczęścia.
Od tego czasu zaczęła się ich korespondencja. Ale widziały się tylko dwa razy przez całe życie, ponieważ mieszkały trzy tysiące kilometrów od siebie. Zawsze jednak składały sobie życzenia świąteczne.
**Epilog. Listy, zdjęcia i przebaczenie ✉️**
Drugie małżeństwo przyniosło Wiktorii szczęście. Semion okazał się wiernym mężem, z którym przeżyła aż do osiemdziesiątego czwartego roku życia. Co prawda, nie mieli wspólnych dzieci, ale w miłości wychowali Maksymiliana, Darię i Lizę, a potem i ich dzieci.
Taka to historia. I co z tego wynikło: czasem człowiek, który wydaje się najbliższy, okazuje się tak głęboko uwikłany w cudze kłamstwo, że sam nie wie, jak się z niego wydostać. A czasem życie po zdradzie nie kończy się, a zaczyna na nowo — tylko już z innymi ludźmi i w innym miejscu.





